Na początek, dla rozładowania atmosfery spowodowanej zbyt poważnie brzmiącym tytułem, lekki żart.
Po sesji zdjęciowej modelka zaprasza fotografa do siebie na obiad. Jedzą, ona przegląda gotowe odbitki i stwierdza:
- zdjęcia są fantastyczne, musi mieć pan świetny aparat.
Fotograf nie odpowiada.
Po obiedzie modelka pyta
- smakowało panu?
- tak, było wyśmienite, musi mieć pani świetne garnki.
Takim oto prostym i przyjemnym sposobem pominęliśmy nudą część wyjaśniającą i wszyscy już wiemy o czym będę truła tym razem.
Przechodząc więc do sedna, czy wiecie, jak brzmi jedno z najpopularniejszych pytań, które zadawane są w sytuacji gdy spotyka się dwóch nieznajomych sobie fotografów? Oczywiście jest to nieśmiertelne „a czym kolega fotografuje?”.
Drugie zaraz po nim równie dobrze mogłoby brzmieć „jakiego koloru bieliznę ma dziś kolega na sobie?” (zakładając oczywiście, że w tej konkretnej sytuacji byłoby to zupełnie bez znaczenia).
Ciąg dalszy często bywa smutny i rozczarowujący – ten, który posiada ‘lepszą’ (droższą/ciężko dostepną/nowszą/bardziej rozbudowana) wychodzi na prowadzenie swoim wychwalającym bełkotem, przygniatając drugiego zawodnika do ziemi. Drugi natomiast, co jest jeszcze smutniejsze i bardziej przykre, miast wyciągnąć rozumne wnioski z tego typu batalii, poddaje się i przegrany myśli sobie w duchu „muszę kupić sobie lepszy sprzęt”. Brr, aż ciarki przechodzą.
Skąd wzięło się przekonanie, że droższe MUSI być lepsze? Lepiej: skąd u licha wzięło się przekonanie, że nowsze, cyfrowe, musi być lepsze?
Od dawna załamuję ręce nad zarówno amatorami, jak i profesjonalistami. I jedni i drudzy mają poniekąd jakieś alibi. Amatorzy mogą być tłumaczeni ciekawością, niedostateczną wiedzą, chęcią zmian. Profesjonaliści (mam tu na myśli fotografów studyjnych, czysto chałturowych) natomiast mogą bronić się tym, iż ich zleceniodawcy bardzo często przy wyborze studia do reklamy, mody itp. kierują się właśnie posiadanym w studio sprzętem (na zasadzie płacę – wymagam, a dokładniej: mam kasę, co mi zależy, przynajmniej będę mógł dopisać, że zdjęcia zrobili mi Hasselem lub chociażby De trójką ). Tłumaczyć zawsze się można.
Prawda niestety jest taka, że w większości przypadków jest to tylko i wyłącznie kwestia ignorancji i braku świadomości. W obu grupach, i amatorów, i profesjonalistów, spory procent stanowią, jak ja ich nazywam, fotografowie niedzielni. Czyli tacy, którzy przywiązują wagę nie do rezultatu, nie do czynności ani zamierzenia, lecz do posiadania. Tego typu fotografom wydaje się, że mając aparat DSLR najnowszej generacji będą w stanie wykonać idealne zdjęcie bez potrzeby posiadania talentu, umiejętności, itd. Jeśli nawet zauważą, że nijak się to nie sprawdza w praktyce, to nigdy w życiu się do tego nie przyznają, będą dyskutować ze znajomymi i kłócić się zażarcie o własną rację pod tytułem moje jest najlepsze. Świetnie, że znają możliwości (chociażby tylko jako wyuczone na pamięć hasła reklamowe) aparatów, świetnie, że potrafią wymienić niezliczoną ilość producentów, cudownie, że do każdego aparatu posiadają co najmniej kilka obiektywów, ale (w tym przypadku ‘ale’ niweluje całą poprzednią część zdania) jest to czystą głupotą. Suma pieniędzy, jaką fotografowie niedzieli są w stanie wydać na sprzęt, który w zasadzie nie jest im nawet do niczego potrzebny, jest wprost proporcjonalna do sumy pieniędzy których ja na ten sam cel nigdy bym nie przeznaczyła.
Ludzie, którzy nie mają do czynienia z fotografią (czyli: zdjęcia robią raz na rok bądź rzadziej) nie muszą się nijak znać. Tak samo jak ja nie muszę się znać na samochodach, kiedy za kierownicą siadam raz na bardzo długi czas i to zazwyczaj pod okiem właściciela auta. Wystarczy, że wiem mniej więcej co i jak, wiem co zrobić żeby ruszyć z miejsca i nie rozbić się na pierwszym lepszym drzewie, to w zupełności wystarcza. Obojętne jest więc, czym tacy ludzie robią zdjęcia, ponieważ na dobrą sprawę różnice spowodowane użytym sprzętem są dla nich niedostrzegalne, bo skąd niby mają wiedzieć jak to samo zdjęcie wyglądałoby, gdyby zostało wykonane np. wielkim formatem?
Umówmy się jednak, że są sytuacje, kiedy sytuacja wymaga użycia konkretnego sprzętu, bądź zwyczajnie łatwiej jest użyć innego aparatu, niż okrężną drogą dochodzić do tego samego efektu. Są takie chwile, że coś innego dużo lepiej się nadaje. Najlepsze przykłady możemy znaleźć w sytuacji, gdy nie fotografujemy zoomem i jesteśmy reporterem (tak, to się zdarza!). Ile razy dziennie zmieniamy wtedy nasze stałoogniskowe obiektywy? Masę razy.
Z pewnością jest też kilka innych sytuacji, gdzie sprzęt ma jako takie znaczenie i wcale tego nie neguję. Zwyczajnie jestem przeciwna naiwnemu kolekcjonerstwu, które w żaden sposób nie rzutuje na ostateczne efekty. Wystarczy nam być świadomym.
Tak więc moi milusińscy, rękawiczka został rzucona. W pełni świadoma swych czynów wyzywam na pojedynek wszystkich, którzy nie zgadzają się z moją dzisiejszą paplaniną na tyle, by się kłócić i prowokować rozlew krwi. Otóż, jeśli jesteś tak pewny swego, jeśli tak bardzo uważasz że się mylę, śmiało – zrób dowolne zdjęcie dowolnym sprzętem, a ja zrobię podobne (na ile tylko się da, uwzględniając oczywiście różne motywy i inne zmienne, żeby nie okazało się, że ktoś rzuci na stół zdjęcie wieży Eifla i każe zrobić identyczne tutaj i na zaraz (; ). Zrobisz je cyfrowo – ja użyję dla tego samego efektu swojego Zenita bądź Lubitela; zrobisz je analogowo – ja chętnie zrobię to samo metodą cyfrową. Do zabawy zapraszam nie tylko tych zaciętych i nastawionych na nie, ale również wszystkich ciekawskich i lubiących wyzwania.
Nie pozostaje mi więc nic innego, jak pójść czyścić kochane starocia przygotowując je do użycia w najbliższym czasie.
- Mood:
Cat Fight - Listening to: 3oh!3
- Reading: opowiesci z krypty
- Watching: spongebob
- Eating: candies
- Drinking: tea
--
Press your spacebase close to mine, love.
--
║▌│█│║▌║│║█║│█│║
Apetyczna galeria.
Bardzo.
--
ciszę się że tak sądzisz, wyróżnienie to dla mnie.
--
║▌│█│║▌║│║█║│█│║
Previous Page12345...Next Page